piątek, 19 listopada 2010

Harpagan 40- sty :) Kościerzyna 15-17 października

Harpagan 15-17 października 2010

Od dawna chciałam wziąć udział w kolejnym biegu na orientację. Miałam za
sobą niezbyt fortunny udział w Kieracie, gdzie zgubiliśmy się „na amen” i nie dotarliśmy
przed wyznaczonym czasem do kolejnego punktu kontrolnego. Zrobiliśmy wtedy niemalże
połowę trasy, a faktycznie ponad 60km. Chciałam więc dowiedzieć się, czy przez ostatnie pół
roku coś się zmieniło. I wtedy zobaczyłam go. 40sty Harpagan w Kościerzynie.


Nie pamiętam czy wieczór jest ładny, czy też leje jak z cebra. Wiem tylko, że po
pracy nerwowo dopakowuję ostatnie ciuchy, usiłuję wypić wrzącą, miętową herbatę i już lecę
na dworzec stresując się, że może kolejka będzie za długa, a może pociąg się spóźni. Myśląc o
Harpaganie odczuwam niepokojące ssanie w żołądku i podniecenie. Co tam 100km! Przecież
przejdę to w „trymiga”. Byle utrzymywać się w dobrym nastroju i nie łamać psychicznie! Psycha to
podstawa.

Kiedyś, w trakcie wycieczki rowerowej dookoła Tczewa moja przyjaciółka Colleen
powiedziała, że oprócz Kieratu istnieją inne maratony ekstremalne i to nawet tu, na Pomorzu. Z
tą też myślą przeszukiwałam internet. Kiedy wreszcie znalazłam Harpa, chwyciłam za telefon i w
chwilę później wiedziałam już, że nie będę „drzeć” przez kaszubskie lasy sama.


Siedzimy z kolegą Mateuszem w pociągu. Po cichu liczyłam na to, że w środku
tygodnia niewielu ludzi będzie podróżować koleją. Niestety nadzieje okazują się płonne i jedziemy
w prawie pełnym przedziale. No świetnie po prostu. Jak mamy się chociaż trochę przespać, żeby na
rajdzie być w pełni sił? Nie jest zbyt dobrze, ale trzeba zrobić dobrą minę do złej gry. Kimamy w
dziwnych pozycjach. Tak też mijają kolejne godziny w przecudownym przedziale marki Intercity,
które ceni szybkość i do Tczewa dojeżdża w minimum dwanaście godzin.

Zapisaliśmy się na rajd, na stronie Harpa już we wrześniu. Bardzo podobało mi
się miejsce, w którym maraton miał się odbyć. Kościerzyna jest nie dość, że sercem Kaszub, to
jeszcze naokoło niej można znaleźć mnóstwo pięknych jezior. Dodatkowym jej atutem jest to, że leży
zaledwie 60km od Tczewa, mojego rodzinnego miasta.


W końcu o dziesiątej dnia następnego docieramy na Pomorze. Wytoczamy się z
pociągu i „dziarskim” krokiem maszerujemy do mojego domu, żeby zjeść śniadanie, wykąpać się
i przespać. Autobus do Kościerzyny, jedyny zresztą z Tczewa w ciągu doby mamy po szesnastej.
Dobre śniadanie, krótki prysznic i już leżymy w śpiworach. Tylko jakoś sen nie chce do mnie
przyjść. Wiercę się, zmieniam pozycje, kulę się, robię poduszkę z mojego kota i nic. WTF? Dopiero
koło trzynastej udaje mi się zamknąć oczy, ale o drugiej trzeba wstać, zrobić obiad, przepakować
się.

Niemałym problemem było dla nas wybrać nazwę zespołu. Propozycje były przeróżne,
a oglądając stronę Harpagana i twórczość innych teamów, zrywaliśmy boki ze śmiechu. W końcu
stanęło na Sznurówkach Włóczykija.


Stoimy na dworcu autobusowym w Tczewie. Coś ten PKS relacji Olsztyn- Bytów
nie nadjeżdża. Pytamy okolicznych kierowców. Dlaczego nikt nic nie wie o tym połączeniu?
Czyżbyśmy wtopili i ono nie istnieje? Dzwonię do Bytowa. Okazuje się, że autobus jest dopiero w
Malborku. No to stoimy i marzniemy.

Skoro byliśmy zapisani to trzeba było też coś poćwiczyć przed Harpem. No to
biegałam, biegaliśmy, biegałam na Błoniach. W swojej głupocie postanowiłam też przebiec
półmaraton, ot tak dla siebie, co skończyło się zapaleniem ścięgna Achillesa i tygodniową przerwą w bieganiu.


Jesteśmy wreszcie w Kościerzynie. Znajdujemy szkołę, w której mamy bazę.
Bierzemy nasz bloczek startowy, szybki przepak, wrzucam multiwitaminę do mineralnej i już
jesteśmy ubrani i gotowi do drogi. Mamy jeszcze trochę czasu, więc rozgrzewam się trochę -
jakieś przysiady, skłony, czytam regulamin rajdu i nie uszczęśliwia mnie fakt, że mapy dostaniemy
dosłownie na dwie minuty przed startem, bo moja nędzna orientacja w terenie z pewnością nie
poradzi sobie z tym wyzwaniem. Zwalam więc prowadzenie i orientowanie się na kolegę Mateusza.
Kontempluję jeszcze czy dobrze robię, że biorę adidasy zamiast treków, ale ostatecznie decyduję, że
im lżej tym lepiej.

W ramach treningu pojechałam także łazić po Tatrach, a raczej użyłam Harpagana
jako pretekstu, żeby trochę posiedzieć w moich górach. No bo przecież jak się ma wędrówka po
lekko pagórkowatym terenie, do pokonywania przewyższeń rzędu tysiąca metrów. Przeziębiłam się
też trochę, ale to nic. Wiedziałam, że mogę się czołgać, ale nie powstrzyma mnie to przed wyjazdem na Harpa.


Stoimy na kościerzyńskim Rynku. Jest nas około sześciuset. Ktoś coś mówi, ktoś
objaśnia, przed zebranymi pojawiają się kolejne osoby. Szczerze mówiąc kompletnie nie słucham
tego co , bo jestem zbyt podekscytowana. Wyłapuję tylko coś o mapach i zaraz stoję w kolejce
po swoją. Przypominam też sobie o tym, że muszę mieć mocną psychę, nie zniszczyć karty z
zapisanymi punktami kontrolnymi i że nie powinnam używać swoich umiejętności nawigacyjnych.

Przeglądałam przedharpagańskie prognozy pogody. Przeraziły mnie obfitością
deszczu jaką niosły. Dlatego też, na przekór wszystkiemu oświadczyłam, że skoro jadę na Pomorze,
to pogoda musi być ładna! Ot co!


Ruszamy wreszcie, wszyscy przebierają nóżkami, by znaleźć się jak najbardziej
z przodu. Biegacze od razu wyrywają się do przodu. Maszerujemy żwawo, zbiegamy z górki.
Szczerze mówiąc odczuwam głęboką niechęć do tego, żeby iść gdziekolwiek. Po prostu chce mi
się spać i chwilowo jestem bardzo znużona. Pierwszy punkt osiągamy po 49minutach. Wszędzie
dookoła tłum. Sześć kilometrów za nami. No to z górki?

Do punktu drugiego idziemy przez drogi boczne i polne, obok jakiegoś gospodarstwa,
przez chwilę medytujemy w którą stronę skręcić, ale ostatecznie znajdujemy pośród nocy właściwą
ścieżkę. W końcu dochodzimy do asfaltu. Mijają nas ludzie, którzy odhaczyli już punkt drugi
i kierują się na trójkę. Troszkę mnie to stresuje, bo chciałabym już być dalej! W 1h14minut
przemierzamy osiem kilometrów. No nie jest źle, a nawet jest super jak dla mnie.

Za plecami mamy mnóstwo ludzi. Czołówki tak pięknie świecą w zmroku. Idziemy
i idziemy aż nagle znajdujemy się w PK3. Jest mi troszkę zimno, więc na dosłownie pięć minut
siadamy przy ognisku i zaraz ruszamy, żeby nie marnować czasu. Póki mamy dobre tempo nic nas
nie boli warto drzeć do przodu. Podbiegamy też trochę, by pozwolić na chwilę odpocząć innym
partiom mięśni. Mateusz w międzyczasie mówi, że nie bardzo można ufać mojemu kompasowi, bo
różnie wskazuje. Taka troszkę kicha.

Potem właściwie zdaję się na prowadzenie Mateusza, przed trzydziestym kilometrem
wyciągam tylko kije trekkingowe, bo mimo, że mój plecak do najcięższych nie należy, wyraźnie
czuję prądy biegające pomiędzy kręgosłupem, a nogami. Stresuję się nieco, bo wychodzi na to że
nie potrafię chodzić, skoro już mi kręgosłup włazi w nogi. Gdy tylko biorę kije do ręki i prostuje
plecy, czuję, że moje wszystkie wątpliwości związane z plecami znikną. Mateusz gna do przodu. Jak
dla mnie to za szybkie tempo, ale nie uskarżam się na nie, bo im szybciej przejdziemy Harpa, tym
szybciej będziemy odpoczywać. Dopiero potem dowiem się, że jest to optymalne dla mnie tempo,
przy którym nie męczę się zbytnio. Szybko przechodzimy przez czwarty punkt. Po drodze zajadamy
się chipsami bananowymi, tak na uzupełnienie energii.

Szybko też znajdujemy niedaleko PK5. Jeszcze kawałek obok torów i już schodzimy

w dół. Niełatwo jest zejść ze śliskiej górki, by odhaczyć się. Nie robimy postoju i idziemy dalej.
Trochę dezorientujemy się w lesie, więc postanawiamy iść za jakąś grupą. Robimy przecinkę
prosto przez las. Nie cieszy mnie to zbytnio, bo ściółka jest wilgotna przez co moje buty też szybko
nabierają wilgoci. Najbardziej przeraża mnie jednak moment, gdy nagle wpadam w jakąś dziurę i
zębami zahaczam o gałąź. Dzięki. Nie chcę już więcej przecinek, bo kto drogi skraca, ten do domu
nie wraca. Na Kieracie tak sobie drogi skracaliśmy, że zgubiliśmy się na amen. Docieramy do
szóstki i wtedy zaczyna się nasz dramat.

Przyłączają się tam do nas dwaj goście, z którymi konsultujemy możliwości przejścia
do siódemki. Widzimy w świetle lampek drogę przeznaczoną dla ruchu kołowego. Idziemy
nią, tylko, że jakimś dziwnym niewiadomym sposobem poszliśmy w drugą stronę i zamiast w
pobliżu Sycowej Huty znajdujemy się w miejscowości Płocice. Błogo nieświadomi swojego błędu
próbujemy zorientować się po mapie i kapliczce, ale nic z tego. Coś ciągle nie zgadza się! I na
dodatek wydaje mi się, że leciutko prószy śnieg. A kogo zapytać o drogę o czwartej nad ranem?!
Jakaś masakra.

Mamy niewątpliwe szczęście. Nagle widzimy, że ktoś biegnie. To jeden z
zawodników. Zatrzymujemy go i pytamy o drogę. Dowiadujemy się, że zamiast w drodze do
PK7 znajdujemy się bardzo blisko PK10. I na dodatek, co za gość! Jest około 4nad ranem, a on
jest już prawie na dziesiątce! Szacun! Poinstruowani ruszamy, by za następnym zakrętem znowu
mieć wątpliwości. Chłopaki chcą iść na Grzybowo, ja uważam, że bez sensu nadrabiać drogi i
proponuję ruszyć od razu na Sycową Hutę przez ścieżynkę w lesie. Pomysł zostaje kupiony i za
chwile maszerujemy przez las pogrążony w ciszy. W końcu też wychodzimy pod krzyż skąd szosą
mkniemy w pobliżu jezior i za chwilę jesteśmy już na punkcie. 6km plus oczywisty dodatek szliśmy
2h08min. Toż to jakaś masakra!

Na szczęście idziemy teraz już na przepak prostą, krajową drogą aż do samej
Kościerzyny, więc nie ma się gdzie zgubić. Tylko tak trochę twardo mam pod stopami. Wyraźnie
czuję pierwsze oznaki zmęczenia. Po drodze robi się całkiem jasno. W głowie rodzi mi się
też „wystukiwanka”, którą będę powtarzać aż do końca rajdu. Tup,tup, drep, drep. I tak w kółko.

Wreszcie doczłapujemy się do szkoły. Jest już siódma. Tam pakuję, wypakowuję,
wygodnie moszczę się na swoim śpiworze. Zjadam lekki posiłek i nagle okazuje się, że minęło
już pół godziny. Zdecydowanie czas się zbierać. To nie jest dobra wiadomość i nie budzi
mojego wyraźnego szczęścia. Zaczyna mi się włączać czarny humor w stylu: „A może już mi
starczy?”, „Mateusz idź, ja zostaję”. W końcu jednak biorę nogi za pas, zarzucam plecak i czuję, że
moje mięśnie całkowicie już zesztywniały. No nic. Robię dobrą minę do złej gry.

Do punktu dziewiątego idziemy ta samą drogą krajową, co z PK7 do Kościerzyny.
Uśmiecham się promiennie do mijających nas zawodników. Jeden z nich niesie małego czarnego
kotka, którego widziałam wcześniej na punkcie. Ach! Ja też chcę. Skręcamy w leśną drogę w
poszukiwaniu dziewiątki. Tyle, że jest już jasno i w lesie nie widać ani dymu, ani ognia, więc
mijamy punkt nie zauważywszy go. Tylko dzięki jakiemuś dziwnemu przeczuciu odwracam się i
widzę, że za nami w krzakach siedzą sędziny Harpa. Podbijamy karty i teraz czeka nas długa droga
do dziesiątki.

Początkowo planujemy nadkładać trasy i iść szosą, by nie zgubić się, jednak
ostatecznie przecinamy las, spotykamy ludzi szukających siódemki i już z Sycowej Huty pędzimy
na Płocice. O ile to co dzieje się ze mną można nazwać pędzeniem. Chce mi się spać i las mieni
mi się przed oczami. Robię się też nieco marudna. Nie jest zbyt dobrze. W końcu jednak osiągamy
PK10 i ruszamy dalej. Wyraźnie też tracimy tempo. Z PK11 pamiętam tyle, że było, jednakże od
tego momentu kryzys już mnie nie opuszcza. Robi mi się zimno, zakładam więc na siebie wszystko
co mam, poprawiając rękawiczkami. Zaczynam też kaszleć coraz mocniej. Nie pomaga nawet
czekolada w ilościach hurtowych.

Na PK12 idziemy przecinką. Droga przez las tak dłuży mi się, że w końcu nie

wytrzymuję i zaczynam płakać. Chwilami mam wrażenie, że mój Harpagan już się kończy i tylko
przypominanie sobie, że jestem bardzo uparta, pomaga mi w poruszaniu się do przodu. W końcu
osiągamy dwunastkę. Punkt jest całkiem dobrze ukryty nad jeziorem.

Teraz czeka nas największy killer – czyli droga z PK12 do PK 13 – czyli 12km
po drogach polnych i lasach. Teraz zostajemy już tylko we dwie. Moja psychika i ja. Mateusz to
jakiś odrębny, nieznany świat dla mnie. Biorę zatem psychę pod ramię i wędrujemy. Raz po raz
powtarzam sobie, że muszę być twarda, że ten chłopak za mną przecież kuśtyka, podczas gdy mi
tak naprawdę nic nie jest. Staram się nie mazać, jednak średnio mi to wychodzi. Śpiewam różne
piosenki pod nosem, byle tylko nie myśleć o tym, że ciągle idę. Słońce świeci, a ja jestem cała
zmarznięta. A droga ciągnie się i dłuży i punkt nie chce się pojawić. To jakiś koszmar chyba. Po
co ja w ogóle tu jestem. Znowu chwytam psychikę pod rękę i łagodnie staram się z nią rozmawiać.
W końcu skręcamy i nareszcie dochodzimy do trzynastki. Ładuję w siebie chipsy bananowe w
ilościach znacznych, czekoladę, trochę wody i pora ruszać dalej. No way po prostu. Teraz już nic nie
może stanąć nam na przeszkodzie, by ukończyć Harpagana. Nagle wszyscy, z którymi wędrujemy,
tracą tempo i wszyscy zgodnie wleczemy się.

Po drodze mijamy PK14, a potem od razu kierujemy się na tory. Nie będziemy
przecież nadrabiali drogi idąc szosą. Długi sznur zawodników ciągnie się na torach, wszędzie
kamienie, obolałe stopy nie mogą zaznać odpoczynku. Ze dwa razy musimy zejść do rowu, by
pociąg mógł przejechać.

Jesteśmy już blisko piętnastki, ale jakoś nigdzie jej nie widać. Snujemy się po
krzakach, czuć gdzieś dymem, ale punkt jest dobrze ukryty w lesie. W końcu po wspólnych
poszukiwaniach trafiamy na PK15, odhaczamy się i niewiele myśląc udajemy się w ostatni odcinek
trasy. Moim jedynym marzeniem jest wyjść wreszcie z tego lasu. Po drodze zaczyna się ściemniać.
A ja zaczynam mieć halucynacje. Widzę budynki w lesie, których nie ma, słyszę ludzi, którzy tak
naprawdę nie idą i mam wrażenie jakby cały czas ktoś świecił mi czołówką za plecami. Wyjść z
lasu! Wszystko za wyjście z niego! Tak!

Trafiamy na szosę. Dostaję ogromnego przyśpieszenia, jakbym nagle odzyskała
utracone siły, ale ja po prostu chcę dojść, chcę już to skończyć. Natychmiast! I chcę do domu, do
Tczewa, do ciepłego łóżka.

Gnamy i gnamy, a mety jak nie było tak nie ma. Ogarnia mnie zniecierpliwienie, a
wulgaryzmy same cisną się na usta. Ja cię kręcę!

W końcu wchodzimy na kościerzyński rynek i oddajemy nasze karty. 21godzin 56
minut. Jesteśmy Harpaganami! Udało się!

A teraz szybkie pakowanie i do domu! Kuśtykamy i człapiemy do szkoły, skąd
taksówką podjeżdżamy na dworzec PKS. Potem jest już tylko spanie w autobusie do Gdańska
i podróż do Tczewa. Czeka tam na nas mój tata, który na widok naszych nieporadnych ruchów
wybucha śmiechem. Nie dziwię mu się. Czuję się jakbym miała co najmniej sześćdziesiąt lat
więcej. A potem tylko kolacja, myć i spać. A rano budzę się jak nowo narodzona! I nareszcie w
pełni zadowolona, że udało mi się zrobić Harpagana! 100 km plus niewątpliwy dodatek jest nasz! I
znalazłam się w tej trzynastce kobiet, które osiągnęły metę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz